Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie

Czyli o wymianie zaproszeń ślubnych…

goscie-weselni

Fot. Ryan Polei (Flickr.com)

Wręczanie zaproszeń na ślub i wesele przypomina czasami wymianę handlową:

„Tak świetnie bawiliśmy się na Waszym weselu, proszę, oto zaproszenie do nas!”

„Słuchaj, skoro ona nas nie zaprosiła, to my chyba też nie musimy jej zapraszać?”

„Bez żalu mogłabym nie zaprosić cioci Piątawodapokisielu, ale przecież tańczyliśmy na weselu jej córki!”

Sporządzając listę gości weselnych przeżyłam sporo takich dylematów. Najbardziej problematyczna okazała się niestandardowa forma naszego wesela, a konkretnie to, że miał to być obiad z muzyką w tle – choć i tak zapowiadał się licznie, nie wyobrażałam sobie zaprosić na obiad wszystkich, gdyż siłą rzeczy tak dużą ekipę musi ktoś zabawić.

Nie wiem, gdzie przebiega granica między weselem a nieweselem, ale co innego, gdy posiłek przy muzyce spożywa 60 osób, a co innego, gdy 150. Wydaje mi się, że gdy gości jest powyżej setki konieczna jest jakaś osoba, która poprowadzi imprezę – inaczej wszyscy padną z nudów.

Siłą rzeczy musieliśmy więc dokonać pewnych cięć, gdyż niemożliwym było zaproszenie wszystkich, których chcemy + wszystkich, których wypada.

I tu zaczęły się dylematy…

Komu, komu? Bo idę do domu! Fot. windowsau (Flickr.com)

Komu, komu? Bo idę do domu! Fot. windowsau (Flickr.com)

Bo oni nas nie zaprosili!

Byłam pewna, że zasada „jak oni nas nie, to my ich też nie!” nie będzie obowiązywała na moim ślubie. Moja bardzo dobra koleżanka nie zaprosiła mnie na swoje wesele, ale jednocześnie wiedziałam, że to nie z braku sympatii, a po prostu ze względów organizacyjnych. Nieproszona przyjechałam i tak na sam ślub (około 200 km), bo po prostu czułam, że muszę tam być! Spokojnie, to nie była wizyta w stylu Maleficent 😉 Widziałam moją ukochaną koleżankę w roli panny młodej, złożyłam życzenia, wręczyłam płytę Macy Grey zamiast kwiatka i ruszyłam w drogę powrotną. Co więcej po roku owa koleżanka dostała zaproszenie od nas.

Myślę, że trochę naszą cechą narodową jest chowanie urazy. W rodzinie mieliśmy sytuację, gdy osoby niezaproszone na jakieś wesele gniewały się dwa lata… Ja postanowiłam się od tego odciąć i wierzcie mi – to o wiele zdrowsze!

malificent

Wtem pojawiła się nieproszona wróżka! 😉 Fot. Knoxville.com

Bo oni nas zaprosili!

Niestety zasada „oni nas zaprosili, ale my ich nie” znalazła zastosowanie na moim weselu. Było mi z tą decyzją bardzo źle, ale musiałam dokonać jakichś cięć. W celu zorganizowania obiadu musieliśmy ograniczyć liczbę gości, więc niemożliwym było zaproszenie każdego, u kogo sami wcześniej bawiliśmy się na weselu. Cięcia personalne uważam za nietaktowne („ta ciocia tak, a ta nie”), więc skorzystaliśmy z zasady rodzinnych kręgów – zaprosiliśmy całą najbliższą rodzinę po rodzeństwo rodziców i ich dzieci. Niestety nie wchodziliśmy już w kolejny krąg, czyli cioteczne rodzeństwo rodziców, choć zdarzyło nam się gościć u nich.

Nie czułam się z tym komfortowo, wydawało mi się to bardzo wbrew dobremu wychowaniu, ale jakieś decyzje trzeba było podjąć.

A jakie jest Wasze zdanie? Czy najlepszą „zapłatą” za czyjeś zaproszenie jest konieczność zaproszenia jego do siebie, czy też może „wymiana handlowa” kończy się na prezencie – w zamian za zaproszenie para młoda otrzymuje od nas prezent ślubny i na tym wszelkie zobowiązania się kończą?

A może, wyprzedzając znacznie czas, lepiej nie chodzić pochopnie na wszystkie możliwe wesele, bo potem się człowiek „nie wypłaci?” 😉

Z grzeczności

Ta zasada również obowiązywała w przypadku naszej listy gości. Grzeczne dziewczynki tak mają! 😉 Nigdy nie byłam zbyt zbuntowana i asertywna, dlatego nie miałam odwagi nie zaprosić niektórych osób na nasze przyjęcie, choć niekoniecznie zależało mi na ich towarzystwie. Zrobiłam w tym celu bilans zysków i strat i doszłam do wniosku, że mniejszym bólem będzie zaproszenie danej osoby, niż późniejsze zmaganie się z jej niezadowoleniem.

Chyba nie ma złotego środka na idealną listę gości, ale wymienione wyżej zasady sprawdziły się w naszym wypadku.

Jestem bardzo ciekawa Waszych przemyśleń na ten temat! 🙂

Reklamy

6 uwag do wpisu “Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie

  1. ja bralam slub w kwietniu 2012, i mimo ze bylam zaproszona na slub kuzyna rok wczesniej nie pojawilam sie ze wzgledu na ciaze i odleglosc 300km, nikt z rodziny sie nie obrazil, pozniej mój slub to byl obiad z muzyka w tle dokladnie + kolacja, ciasto, kawa, w tym celu zrobilismy remont piwnicy aby bylo odpowiednie miejsce do tego celu, wszytsko gotowalismy sami i wcale tego nie zaluje, wrecz przeciwnie jestem z tego powodu szczesliwa i dumna 🙂 a goscie najblizsza rodzina, rodzice, rodzenstwo z zonami, mezami, dziecmi i babcie.

  2. Jeszcze dodałabym, że odwzajemnianie bierze się chyba z wizyt – wypada, kiedy jesteśmy do kogoś zaproszeni, zaprosić go w ramach rewanżu do nas. Ale takie wizyty się odbywają najczęściej na przestrzeni kilku tygodni czy miesięcy, a nie lat! Osoba, u której 10 lat temu tańczyłam na weselu, może być teraz zupełnie obcym mi człowiekiem. Szkoda jej zawracać głowę 🙂

    • Właśnie! To może być ten trop.
      Na przestrzeni dziejów tworzą się jakieś stereotypy, których źródła nikt nie pamięta, ale każdy chętnie je powiela. A jeśli nie chętnie, to „tak na wszelki wypadek” albo „dla świętego spokoju”.
      A potem biada tym, którzy chcą wyjść poza schemat 😉
      Ja jestem zdania, że najlepszym zadośćuczynieniem za zaproszenie jest prezent i wyborna zabawa 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s